PODRÓŻE,  TURYSTYKA

FUERTEVENTURA – WYSPY KANARYJSKIE

Gdyby ktoś jeszcze kilka miesięcy temu powiedział mi, że w grudniu polecę do ciepłych krajów kazałabym mu się stuknąć w głowę, robię na dwa etaty, mam kota, zarabiam na samochód i mieszkanie, nie w głowie mi dalekie podróże. Dziś jest początek stycznia, piszę nowe postanowienia na 2019 rok, a we wspomnieniach mam dalej ciepły piasek pod stopami, słońce świecące w twarz i słoną wodę w ustach.

#Ciekawostki: Jedna z 7 Wysp Kanaryjskich na Oceanie Atlantyckim, lot samolotem około 5 godzin, strefa czasowa (-1), język urzędowy hiszpański, waluta euro, liczba ludności prawie 104 tysiące, nazwa pochodzi najprawdopodobniej z języka francuskiego i oznacza „mocną przygodę” (fr. forte aventure). Inne tłumaczenie wskazuje na pochodzące z języka hiszpańskiego określenie odnoszące się do silnych wiatrów wiejących na wyspie ( fuerte – mocny, viento – wiatr)

Potrzebowałam tej podróży jak nigdy wcześniej, polecieć w nieznane, do ludzi, którym uśmiech nie znika z twarzy, bo Hiszpania taka jest, w końcu słońce na Fuerteventura świeci 365 dni w roku, a temperatura nie spada poniżej 20 stopni. Były 4 stopnie gdy wysiadłam w Hamburgu z pociągu relacji Anklam -> Berlin -> Hamburg. Ciągnęłam za sobą walizkę wielkości większego plecaka jak zwykle z poczuciem, że wzięłam za mało bluzek i sukienek. Zarezerwowany na dobę przed wylotem Hotel Novum Graf Moltke Hamburg znajdował się dokładnie 5 minut od głównego PKP, wyglądem przypominał mi Paryż, nie wiem zupełnie skąd to skojarzenie ale spójrzcie sami na to zdjęcie:

Hamburg zdążył oczarować nawet w te kilka zabieganych i zmęczonych godzin pięknie oświetlonymi uliczkami, zresztą mnie każde miasto nocą potrafi pochłonąć, a zwłaszcza przed świętami. W Hamburgu zatrzymałam się tylko na 12 godzin, na drugi dzień dość blisko hotelu znajdował się przystanek pociągu o nazwie S1, (w stronę lotniska kursują średnio co 5-10 minut, a cena zarezerwowanej wycieczki obejmowała również ceny biletów na pociągi zarówno do Hamburga, na lotnisko, jak i z Hamburga w stronę miejsca zamieszkania, super opcja, ponieważ nie trzeba trudzić się z zakupem biletu podróżnego).

#Ciekawostki: S-Bahn to inaczej system kolejowego szybkiego transportu publicznego w Hamburgu, razem z U-Bahn tworzą trzon transportu w tym mieście.

Nie wiedziałam do końca co czekać będzie mnie drugiego dnia podróży, ale jeżeli chodzi o „nieznane” uważam, że lepiej najpierw je poznać dopiero potem ewentualnie się obawiać. Pociągi w Hamburgu są bardzo punktualne, oznaczenia dla podróżujących bardzo czytelne, dość szybko trafiłam na peron S1, który miał zabrać mnie na lotnisko, planowy lot był na godzinę 10:00 więc punktualnie 2 godziny przed pojawiłam się na lotnisku.

#Ciekawostki: Hamburg Airport to najstarsze lotnisko w Niemczech, każdego roku przyjmuję około 18-20 milionów pasażerów, posiada dwa główne terminale, terminal 1 to ponad 70 kierunków w 29 krajach oraz terminal 2: 58 kierunków w 24 krajach.

Myśli o locie zaczęły ciążyć, Pan z obsługi lotniskowej wskazał drogę do odprawy bagażowej, gdzie otrzymałam kartę pokładową, wiedziałam, że odwrotu nie ma ze względu na to jak bardzo chcę i boję się latać. Każdy kto leciał już samolotem wie na czym mniej więcej polega tak zwana „odprawa”. Wykłada się wszystko co ma się przy sobie do „kuwety”, która znajduje się na specjalnej taśmie: klucze, telefony, pasek, a także okrycia wierzchnie, ja dodatkowo musiałam ściągnąć buty ponieważ miałam wyższe niż za kostkę. Następnie przechodzi się wolnym krokiem bądź staje na chwilę w odpowiedniej pozycji z rękoma uniesionymi nad głową przez bramkę bezpieczeństwa. (Chyba zawsze towarzyszy temu lekka obawa, to tak jak trzeźwy kierowca dmucha w alkomat i przez chwile zastanawia się czy oby na pewno pokaże zero promili.) Dobre oznaczenia na lotnisku w Hamburgu sprawiły, że bardzo szybko odszukałam „gate”, czyli bramkę w moim przypadku 41 skąd lot numer 1440 miał zabrać mnie do 25 stopniowego słonecznego raju. Jeszcze przez chwile miałam w głowie myśli czy oby wszystko jest w porządku, rozejrzałam się, kilkakrotnie spojrzałam na tablice z numerem lotu, na kartę pokładową, powtórzyłam czynność i stwierdziłam, że idę kupić małe wino na rozluźnienie. Kupiłam wodę, białe wino, gumy do żucia, kanapkę, usiadłam wygodnie i zaczęłam obserwować ludzi. Przewaga Niemców – „kuracjuszy” 65+, kilku Anglików, grupa gimnazjalistów, kilka rodzin z dziećmi w wózku, pan w garniturze, pani rozwiązująca sudoku. Równo 9:45 mogłam wejść na pokład, miejsce miałam przy oknie, na ogonie, skrzydło samolotu prezentowało się ślicznie:

Sam start uważam, że do przyjemności nie należy, zapinasz się pasami (które i tak na nic się nie przydadzą), wgniata Cię w fotel, zatyka lub piszczy ci w uszach, dość mocno słychać buczenie silników. Jestem szczęściarą, że tak dobrze znoszę latanie, oprócz zatkanych uszu i ogólnie małego dyskomfortu, że grunt pod nogami oddala się w znacznej prędkości nie odczuwałam nic szczególnego. Samolot wyrównał lot na wysokości przelotowej, czyli 10 000 tysięcy metrów, temperatura na zewnątrz spadła do -63 stopni, zaczęłam czytać książkę, słuchać muzyki, dokończyłam wino, co dziwne potrafiłam na chwilę usnąć. Po ponad 4 godzinach lądowanie z pełnym skrętem przebiegło bardzo sprawnie pilotowi Marc’owi. (zawsze przed startem przedstawiają załogę) Przestawiłam zegarek o godzinę do tyłu, przebrałam koszulkę na letnią, zmieniłam buty na sandały i z zaciekawieniem dziecka wyskoczyłam na twardą płytę lotniska. Termometr w telefonie pokazywał 27 stopni, WiFi lotniskowe złapało sygnał i zaczęłam otrzymywać multum powiadomień, wyciszyłam telefon mówiąc sama do siebie „ciiiiii” i poszłam szukać bagażu.

Z lotniska transport również był w cenie wycieczki, wsiadłam do autobusu po krótkiej rozmowie z rezydentką biura podróży Allsun. W głowie miałam już tylko słońce, wodę i piasek. Autobus wyjechał z lotniska około godziny 16:00, po raz pierwszy w życiu obraz, który miałam przed oczami zaczął mi pulsować, tak jakby oddalał się i przybliżał, zrobiło się zupełnie pusto, zniknęły betonowe bloki, chodniki, liściaste drzewa, zniknęła ponura aura w powietrzu, poczułam się bardzo malutka, gdy spojrzałam na Ocean Atlantycki. W pierwszej chwili pomyślałam „woda… wygląda prawie jak mój Bałtyk”, by po chwili dostrzec jego głębie, niekończący się horyzont, wielkość, która mnie zaskoczyła totalnie. Odwróciłam głowę w lewo podążając wzrokiem po Oceanie, niebo miało dokładnie taki sam kolor, przez chwilę wszystko zlało się mi w jedną całość. Nałożyłam okulary i większy uśmiech na twarz.

Do hotelu dojechałam po 17:00, krótki „check in” w postaci uśmiechu i „Buenas Tardes” (od 12:00 do 18:00), odebranie kluczy do apartamentu tuż obok recepcji i można zaczynać urlop.

#Ciekawostki: filmik o hotelu „Barlovento jak i biurze podróży poniżej.

Pewnie duża większość z Was wie co znaczy pobyt „All inclusive” jeśli nie, to przypomnę – WSZYSTKO WLICZONE W CENĘ (śniadania i drugie śniadania, obiad i kolację, a oprócz tego przekąski między posiłkami, napoje bezalkoholowe oraz regionalne napoje alkoholowe) Akurat w hotelu Barlovento wszyscy goście przyjmowani byli tylko z opcją all inclusive, dla mnie osobiście opcja HP (czyli śniadania i obiadokolacje) + napoje alkoholowe byłaby wystarczająca.

Dzień był dość krótki, ciemno robiło się koło godziny 19:00, temperatura spadała do około 15 stopni. Następnego dnia zaraz po śniadaniu zasięgnęłam kilku niezbędnych informacji z recepcji na temat najbliższych przystanków autobusowych, zabrałam mapę miasta Costa Calma , plecak i ruszyłam po adventure. (czyt. przygodę) Słońce świeciło już około 8:00 dość mocno, miejski termometr gdy mijałam pokazał 25 stopni, uśmiechałam się non stop nie wierząc, że w grudniu mogę mieć ciepłą wodę, plażę i słońce tylko dla siebie. Idealnie.

Po plaży w Costa Calma przyszedł czas na Sotavento Beach, która uchodzi za jedną z najpiękniejszych plaż świata, jej długość to około 9 km, piasek jest tu drobny i jasny, przypływy w niektórych miejscach są tak silne, że tworzą malownicze zatoczki. Sotavento podzielona jest na strefy dla rodzin z dziećmi, do plażowania i dla sportów wodnych takich jak kitesurfing czy windsurfing. Koszt jednej lekcji to około 50 euro za godzinę.

Przestrzeń i głębia po raz kolejny zaczęły pulsować, oddalać się i przybliżać, pierwszy raz od dawna poczułam się wolna, nic mnie nie uwierało, nikt nic nie mówił, gdy tanecznym krokiem z krokusem we włosach, skąpana w słońcu szłam wykąpać swoje ciało pierwszy raz w Oceanie. Chyba tak się dzieje, gdy z zatłoczonego miasta pełnego ludzi i betonu trafiasz do właśnie takiego miejsca. Po prostu oszalałam. Od dawna chciałam zobaczyć tą lazurową czystą wodę, taką jaką widzi się na filmach lub reklamach. Ramiona zaczynały robić się czerwone od słońca.

Po plaży Sotavento przyszedł czas na miasteczko, a mianowicie Morro dej Jable, do którego dostałam się miejskim autobusem (spod hotelu, czas przejazdu około 35 minut)

#Ciekawostki: Morro Jable znajduje się na południowym krańcu wyspy. Sama miejscowość robi wrażenie cudowna promenada ciągnąca się przy plaży, kilometry tras do biegania oraz jazdy na rolkach. Dla lubiących zakupy kilkadziesiąt sklepików. Wspaniała latarnia morska (Faro de Morro Jable). Bliskość pięknej plaży „Cofete” to kolejny atrybut tego pięknego miejsca.

Czekałam na autobus na jednym z głównych przystanków (Salibas) w Morro del Jable, o 10:00 miał podjechać bus turystyczny (koszt około 10 Euro za osobę, godzina odjazdu 10:00 oraz 14:00), który miał zabrać mnie na plażę Cofete. Około godziny 9:50 podeszła na przystanek starsza para z Niemiec, zaczęli mówić, że przystanek na Cofete znajduje się gdzie indziej, że oni też stąd chcieli jechać pierwszy raz i też się pomylili. Wtedy pierwszy raz zaczęłam zastanawiać się o co tak naprawdę chodzi w rozkładach jazdy na tej wyspie.  Początkowo nie uwierzyłam im by po chwili pomyśleć: „nie zdążę już, autobus odjeżdża o 10:00”, kazałam wskazać kierunek, w którym znajduje się ten przystanek, zaczęłam biec pod lekką górkę około 200 metrów. Oddychało się ciężko, czułam, że szybciej biec nie mogę, metry nad poziomem morza musiały lekko się podnieść (miasto leży około 200 m n.p.m.). Plecak spadł mi z ramienia, sapiąc i odgarniając włosy z czoła stanęłam koło jakiegoś budynku, zaczęłam szukać jakiś znaków, kierunkowskazów typu: „Cofete ->”, niestety dochodziła już 10:15. Przystanek udało się znaleźć, jednak potrzebowałam szybkiej zmiany planów by nie tracić dnia przez niedokładne oznaczenia dla turystów.

Planem „B” okazał się Park Oasis, zachęcam każdego kto znajdzie się na tej wyspie do poświęcenia jednego dnia na wybranie się właśnie w to miejsce. Każdego kto kocha zwierzęta.

#Ciekawostki: Oasis Park gości ponad 250 gatunków zwierząt żyjących w warunkach bardzo zbliżonych do naturalnych, żyrafy, które możesz pogłaskać, dość duża ilość wielbłądów, na które możesz wsiąść, zebry, hipopotamy, interakcja z lemurami, krokodyle, żółwie, lwy, pływanie z lwami morskimi, pokazy ptaków, flamingi, cena biletu może wydawać się wysoka (25 Euro), ale naprawdę warto. Teren obejmuje około 800.000 mkw. Na terenie Parku znajduje się również mnóstwo gatunków kaktusów, mojego ulubionego kwiatu.

http://www.fuerteventuraoasispark.com/ <- polecam link do strony głównej Oasis Parku.

Drinki na Pool Bar w hotelu dość szybko zwalały z nóg, barmani zmieniali się w zależności od pory dnia, raz był przystojny Hiszpan, raz ktoś z Afryki, młoda kobieta, wszyscy każdego wieczoru nalewali to samo, wszyscy z obsługi ciągle się uśmiechali, moja skóra robiła się coraz bardziej brązowa, a napój alkoholowy przypominający whisky pół na pół z colą idealnie rozluźniał ciało i obniżał poziom kortyzolu.

Następnego dnia postanowiłam być mądrzejsza i zaraz jak tylko wysiądę z autobusu iść na odpowiedni przystanek w kierunku plaży Cofete. Niestety, moje plany nie powiodły się i kolejnego dnia, autobus, który najpierw miał dowieźć mnie do Morro del Jable spóźnił się około 40 minut. Do głowy weszła mi piosenka „Despacito” -> (powolutku). Zaczęłam czytać na temat rozkładów autobusowych na Wyspie. Okazało się, że godziny które są podane na rozkładzie (Salibas) są godzinami orientacyjnymi przez duże O. Otóż, godzina podana w moim przypadku 9:00 rano znaczyła tyle że autobus istnieje, jedzie w moim kierunku ale kiedy będzie na przystanku na którym właśnie się znajduję? Nie wiadomo. Nie potrafię prościej tego wytłumaczyć. Cała wyspa funkcjonuje głównie na zasadzie wypożyczalni samochodów, wszystkie, a już na pewno znaczna część samochodów, które mijałam były z wypożyczalni. Kolejny raz potrzebowałam „planu B”. W trzecim dniu wycieczki planem „B” okazał się szczyt Pico de la Zarza (812.m n.p.m.)

#Ciekawostki: Szlak rozpoczyna się w miejscowości Morro del Jable. Na pierwszym zdjęciu powyżej w górnym lewym rogu widać słupek z oznaczeniem szlaku i jego czasem przejścia. Szok! Hiszpanie oznaczyli szlak! Czas ze znaku – 3 godziny 20 min to nie jest realny czas – chyba, że ma się problemy z poruszaniem się, albo idzie się na ogromnym kacu. Od tego miejsca na szczyt do pokonania jest ok. 6,3 km. Przez większość czasu, szlak bardziej przypomina szeroką szutrowa drogę niż górską ścieżkę. Krajobraz raczej niezmienny – surowy jak na wulkaniczną wyspę przystało. Pod samym szczytem ścieżka znacznie się zwęża i staje się bardziej kamienista. Zwiększa się też pochylenie, ale nadal nie jest ono wybitnie wymagające. Zdziwienie może wywołać widok ogrodzenia i siatki obejmującej szczyt góry. Nie, nie siedzi tam strażnik i nie pobiera opłat za wejście. Furtka nie jest zamykana na zamek, a jedynie na klamkę. Cała ta konstrukcja ma chronić roślinność przez kozami. W broszurkach reklamowych o Fuerteventurze nie znajdziecie tego miejsca, dzięki temu nie jest zbyt oblegane. Turystyka wyspy opiera się głównie na plażach i sportach wodnych. Dla mnie jednak szczyt Pico de la Zarza okazał się najfajniejszym punktem wyjazdu. Tak pięknych widoków na wyspie, nie ma w żadnym innym miejscu.

Wieczór znowu spędziłam przy PoolBar, nogi bolały trochę mocniej po przebytych kilometrach, goście zaczęli się dziwnie powtarzać, zaczęłam rozpoznawać ich twarze, niektórym potrafiłam powiedzieć „Ola!” lub „Hallo”, ponieważ znaczna większość mówiła po niemiecku.

Na czwarty dzień wycieczki czekała mnie zaplanowana podróż autem. Bardzo polecam firmę CICAR ( https://www.cicar.com/ES), praktycznie zero formalności, rezerwujesz przez internet, odbierasz spod salonu zatankowane do pełna auto, następnie po minionym czasie wypożyczenia oddajesz również zatankowane do pełna w tym samym miejscu. W moim przypadku koszt wynajmu auta Opel Mokka to 35 Euro za dzień + koszty paliwa ( 1 litr benzyny na Wyspie kosztuje około 1,00 Euro, czyli jest tańsze niż np Polsce czy Niemczech).

Droga FV-1 prowadziła tym razem do Corralejo gdzie podziwiać miałam wydmy. Kultura na drogach Wyspy była wzorowa pomijając fakt, że jako młody kierowca dziwiłam się tylko dlaczego, żadne z aut nie włącza kierunkowskazu gdy zjeżdża z ronda, nie mam pojęcia czy dlatego, że im się po prostu nie chciało bo są na urlopie czy po prostu kierunkowskaz tu nie obowiązuje. (?) Minęłam Puerto del Rosario, stolicę wyspy, krajobraz zaczął się nieco zmieniać, piasek stawał się coraz bardziej żółty, co jakiś czas pojawiały się zielone punkty suchoroślin (tak nazwałam krzaki, które żyją praktycznie bez dostępu do wody) oraz kaktusy. Doczytałam po drodze do Corralejo jak to jest możliwe, że na powulkanicznej wyspie, gdzie króluje ziemia brązowa, czarna, szutrowa, kamienista nagle przez około 8 km piasek jest dosłownie pustynny, otóż jest to możliwe dzięki położeniu Wyspy, czyli około 100 km od największej pustyni świata: Sahary. W czasie calimy (wiatru znad Sahary w stronę Fuerty) ogromne ilości piachu nawiewane są po prostu przez Ocean i układają się w przeróżne formacje, tworząc tzw wydmy. Natura jest niesamowita.

Mimo, że wydmy są częścią Parku Narodowego Dunas de Corralejo nie ma żadnych zakazów ani ograniczeń w spacerowaniu po nich, można leżeć plackiem na plaży, jeździć quadami, rowery nawet widziałam, można także parkować na nich samochody. Do hotelu postanowiłam wrócić drugą stroną wyspy, droga prowadziła przez środek z południa na północ. W tylnym lusterku zostawiłam Ocean Piasku. Ku mojemu zdziwieniu po około 10 km droga zaczęła się wić i prowadzić ku górze, wszystko było w porządku do momentu w którym były balustrady i dwupasmówka, ale po jakimś czasie stały już tylko metr małe betonowe bloczki droga stała się tak wąska, ze ledwo mieściły się dwa auta obok siebie i na dodatek co chwilę skręcała, nie było szans by zawrócić, postanowiłam jechać dalej z myślą, że zaraz zacznę zjeżdżać w dół.

Dla złapania oddechu zaliczyłam kilka punktów widokowych dosłownie nie z tej ziemi.  Znowu poczułam się malutka w stosunku do świata, w którym obecnie się znajdowałam, nie potrafiłam objąć wzrokiem widoków przed sobą, przestrzeń zdawała się nie mieć końca, na niebie rysowały się tylko pozostałości chmur paliwowych od samolotów z kolejnymi turystami na pokładzie.

Słońce gasło, PoolBar był pełen ludzi, gdy weszłam by napić się drinka,  moje ciało szczypało od promieni. Postanowiłam kolację zjeść na zewnątrz. Chłodny letni wiatr był zbawienny. Uwielbiam te letnie ciepłe wieczory po dniu pełnym wrażeń, gdy emocje cichną. Nie miałam w planach nic szczególnego na kolejny dzień, zresztą tutaj naprawdę jest ciężko coś zaplanować, no chyba że masz plan B,C,D… 😀

Obudziłam się wcześniej niż zwykle, do śniadania było jeszcze sporo czasu, skorzystałam więc z sali fitness i mini siłowni, która mieściła się na parterze hotelu. Chwile po śniadaniu miałam jeszcze kilka godzin do oddania samochodu. Plaża Gran Tarajal stała się dość dobrym kontrastem dla plaż, które widziałam zeszłego dnia, dlatego, że była po prostu czarna. Jednym mogłaby się wydawać smutną plażą wśród wszystkich na wyspie, lecz jej odmienność całkiem przypadła mi do gustu. Plaża Gran Tarajal położona w tej samej miejscowości jest wyjątkiem ze względu na swoją barwę, oraz jest bardzo chętnie odwiedzana głównie przez miejscowych Hiszpanów i Hiszpanki, którzy opalają się po prostu nago.

Ostatni dzień spędziłam na totalnym odpoczynku i regeneracji, basen, siłownia, basen, sauna, jedzenie, leżenie na plaży i to właśnie na tej plaży zaczęłam pisać na piasku, napisałam „kocham” a fala zmyła napis, napisałam „Agata”, fala zmyła napis, chciałam dokończyć datą, fala zmyła po raz kolejny. Przez głowę przeleciała mi myśl o mojej stronie internetowej, o tym, że bardzo lubię pisać, ale nie mogę wymyślić koncepcji, nazwy, loga. Tak można powiedzieć „narodziła się” moja nazwa na bloga:

Nie dziwi fakt, że gdy zaczęłam pakować rzeczy z powrotem do walizki wiedziałam od początku, że będę miała problem by ją zamknąć, oczywiście żadnych kamieni, skałek ani piasku zabrać na pokład samolotu nie mogłam, co bardzo mnie bolało ale i tak miałam dokupionych sporo innych małych rzeczy. Nie miałam najmniejszej ochoty wracać, myślałam o słońcu i o tym, że zaraz znowu wpadnę w rutynę codziennych obowiązków, znowu myślałam o słońcu i o tym, że chcę pokazać wszystkie piękne zdjęcia najbliższym, podzielić się z nimi doświadczeniem, znowu myślałam o słońcu, w Hamburgu gdy już wylądowałam, chłód uderzył dość mocno, momentalnie zaczęły drzeć mi dłonie, zdrętwiały. Wypiłam małą kawę i zarezerwowałam noc w Hamburgu w pobliżu dworca PKP, byłam strasznie zmęczona, zmiana klimatu na ten chłodniejszy odbiła się bólem zatok.

Fuerteventura to prawdziwy raj dla osób lubiących nieograniczoną przestrzeń, słoną wodę, wiatr we włosach, ciągłe słońce. Dla tych, którzy po prostu kochają piasek i plażę. Dla osób, które lubią dość dużo chodzić. Dla osób, które tak jak ja cenią sobie uśmiech. Było pięknie. Idealnie. Bajkowo. Serdecznie polecam.

#pisanenapiasku nabiera większego znaczenia.

2 komentarze

Skomentuj Kasia Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *